– Bo się puszczała – usłyszę wyjaśnienie, a ciało zamurował w ławie celi, kobiety dostają numerki, które przy wyjściu muszą oddać.
– Ale za łapówkę mogą – mówią mi tubylcy.
Za wniesienie do więzienia aparatu fotograficznego, USB, laptopa albo części do niego, materiałów łatwopalnych, toksycznych, broni białej, palnej broni grozi kara do 20 lat. Posiadanie telefonu kosztuje wyrok od lat trzech.
Do środka wchodzi się od ulicy Słońca, która w dniu odwiedzin zamienia się w bazar. Można kupić jedzenie, także ciepłe dania, zabawki, odzież, u fryzjerek pod gołym niebem uczesać się i upiększyć. Przed bramą stoi kolejka objuczonych torbami kobiet, z dziećmi, niektóre z niemowlętami, a także pośredniczek kupujących więźniom zamówione zaopatrzenie. Wyglądają na zmęczone. W Limie obcy ludzie często pozdrawiają się na ulicy. Tu nikt się nie uśmiecha.
Strażnik wpuszcza mnie bez kolejki. W budynku administracji, gdzie mam wylegitymować się dokumentem współpracy z ambasadą RP, stoi ołtarzyk ze szczególnie czczonym w Peru wizerunkiem Chrystusa: Senor de Los Milagros – Pana Cudów. W biurze wisi duży obraz Jezusa Miłosiernego z napisem: Jesus, en Ti confio!. Policjantka dziwi się, kiedy mówię o polskich korzeniach tego wizerunku i siostrze Faustynie. O Wilnie nie wspominam, żeby nie komplikować sytuacji.
Przekraczam bramę piekła.

Więzienie Lurigancho w Limie nad Oceanem Spokojnym. Fot. Wikipedia

Brama Lurigancho. Fot.Instituto Nacional Penitenciario Fot. Anonim

Fot. Anonim Fot. Anonim
Dziewczyna z perłą i szczury
W listopadzie 2012 r. w sześciu więzieniach w Peru karę za przemyt kokainy odbywało 30 Polaków, wśród nich trzy kobiety. W Lurigancho było ich dwóch.
Otoczony siatką i budynkami dziedziniec ma klomb z kwiatów i duży napis: Libertad - Wolność. Wypełnia go tłum mężczyzn. Wielu jest naćpanych. Żebrzą o pieniądze. Walczą o to, kto mnie poprowadzi, żeby dostać zapłatę. Gdy mówię, że przyszłam do pawilonu nr 7 do Polaków, wykrzykują z respektem ich imiona:
– Ted i Dżery!
Wybieram czystego przewodnika. Prowadząc mnie, pokrzykuje na tłum, żeby się rozstąpił. Wyraźnie mnie chroni, rozsuwa mężczyzn. Nagle zatrzymuje się w pewnej odległości przed budynkiem. Dalej nie ma prawa się zbliżyć. Tu już rządzi ochrona pawilonu, złożona z zamieszkujących go więźniów. Ci uprzejmie wskazują mi plastikowe krzesło w przedsionku. Ktoś biegnie zapowiedzieć moją wizytę.
– Ted i Dżery będą za kilka minut. Biorą prysznic i się golą – ktoś wyjaśnia.
W atrium budynku są dwa piętra z balkonami. Uderza zapach jedzenia, gwar, głośna muzyka. Na parterze cele są zarazem sklepami. Wzdłuż ścian stoją stragany i bary-restauracje. W jednym z pomieszczeń trwa dyskoteka. Przy stolikach więźniowie jedzą z kobietami, rozmawiają, przytulają się. Mężczyźni przechadzają się z dziećmi na rękach.
Pojawia się pan Jerzy. Energiczny, wysportowany, nie widać, że ma 48 lat. Kiedy idziemy po schodach do góry, jeden z więźniów szarmancko zamiata przede mną czapką stopnie. Wszystkie cele są otwarte. Klucze do nich mają więźniowie. Na noc zamykają się od środka dla własnego bezpieczeństwa. W ciągu dnia strażnicy nie zaglądają do budynku. Jeśli ktoś z nich stanie na progu, to w pawilonie rozlega się głośny ostrzegawczy dzwonek – czas na pochowanie tego, o czego istnieniu władze więzienne nie powinny wiedzieć.
W małej celi o ładnych, drewnianych, frezowanych drzwiach, witają mnie namalowani na ścianie szlachcice, atakujący z krzykiem. Nad nimi napis: Poland.
– To szlachta w okresie świetności. Biją Turków pod Wiedniem. Sam to namalowałem – wyjaśnia pan Jerzy.
Obok wisi kopia obrazu „Dziewczyna z perłą" Vermeera.
– To prezent dla Tadeusza. Jeszcze poprawię jej usta. Malować zacząłem dopiero tutaj.
Drewniane okiennice są otwarte, a kraty w oknie wypiłowane. Widać dziedziniec i budynek naprzeciwko. Tam wiele okien ma blendy, a wielkość pordzewiałych krat pozasłanianych szmatami i tekturą zdradza sale zbiorowe.
Fot. Anonim
– Zrobiłem okiennice, bo kule świstały mi nad głową. Tu jedne pawilony napadają na drugie, a nasz jest bogaty. Pilnujemy go. Na dachu mamy swoją straż. Kiedy tu przybyłem osiem lat temu, spałem na betonie, a budziły mnie łażące po mnie szczury. Czego pani się napije? Kawy?
Na drewnianych półkach widzę Biblię i książki religijne, sprzęt gospodarstwa domowego. Gospodarz lubi gotować. W konkursie na najsmaczniejszą potrawę, w którym jurorami byli konsulowie różnych państw, dostał III nagrodę za... polędwiczki w winie.
– Widzi pani dziś tylko dobrą, kolorową stronę więzienia, a do tego w naszym pawilonie. Tu są tylko dwa cywilizowane pawilony na kilkanaście. W tym drugim więźniami są policjanci i wojskowi. W naszym, dla obcokrajowców, jest 150 łóżek, a mieszka 700 osób. Wszystkich ociekających śliną i wydzielinami, których nie da się domyć ani nic z nimi zrobić, najbardziej zaćpanych zamknęliśmy za ścianą, żeby nie zagrażali i nie psuli widoku. Tu szaleją AIDS, gruźlica, choroby skóry. Strach podać komuś rękę, żeby nic nie złapać.
Pokazuje prysznic.
– Sam kazałem doprowadzić wodę – mówi z dumą. – A u Tadeusza są ubikacja i umywalka. Dzielimy się.
Ciasną celę urządził przytulnie. Czuję się jak w małym pokoju schroniska górskiego. Nad łóżkiem wisi telewizor. Do rzeczywistości przywołuje mnie wtargnięcie zwalistego Murzyna. Coś wykrzykuje bez składu o białych, nakręca się we wściekłości, oczy nabiegają mu krwią. Nie ma z nim kontaktu. Sytuacja robi się groźna. Nagle wychodzi.
– Psychopata. Tu zawsze może się wydarzyć coś niebezpiecznego – tłumaczy Jerzy. – Zaraz będzie jedzenie. Żeby pani stąd nie wyszła głodna.
Gości mnie człowiek, który dostał najwyższy wyrok ze wszystkich Polaków w peruwiańskich więzieniach.
Narkotyki tańsze niż woda
– Wynajmowałem w Limie apartament – opowiada pan Jerzy. – Miałem dobrze prosperującą firmę handlową i jeździłem po całym świecie. Z Peru chciałem importować ryby. Obok mieszkali jacyś lokatorzy. Wpadła do nich policja, złapała Chilijczyka i Peruwiańczyka, kiedy szykowali trzykilogramową przesyłkę kokainy do Warszawy. Policjanci muszą mieć komplet, żeby dostać ordery: co najmniej trzech złapanych, co oznacza zorganizowaną grupę przestępczą. Dokooptowali więc mnie. Wpadli do mojego apartamentu i zrobili sobie jajecznicę z 50 jaj, które znaleźli w lodówce. Wyglądali, jakby nigdy wcześniej nie jedli. Potem zabrali mi wszystko: aparaty fotograficzne, ubrania, prezenty, pieniądze. Narkotyków nie miałem. Dostałem 18 lat. Tu jest gość, który siedzi za trzy tony, ale tacy opłacają się i szybko wychodzą. Policjanci narkotykowi są często większymi przestępcami niż wielu tu siedzących. Jeśli cię złapią, to zeżrą i wypiją wszystko, co masz, rozbiorą cię, okradną mieszkanie, zabiorą ostatni grosz, a potem wsadzą do więzienia. A człowiek w więzieniu bez pieniędzy staje się zwierzęciem. Stajesz pod gołym niebem, nie masz gdzie spać, co jeść, czym się okryć. Nie dadzą kubka, talerza, łyżki, materaca, nic. A zupy do garści nie naleją. Za wszystko trzeba tu płacić. Żeby mieszkać w pawilonie pod dachem, trzeba dać 300 USD.
Fot. Anonim Fot. Anonim

Fot. Anonim Fot. Anonim
– Bez pomocy bliskich osób z zewnątrz za miskę jedzenia robią tu najczarniejsze roboty – wyjaśnia. – Więźniowie chętnie dadzą kredyt. Jeśli nie masz na spłatę, to im służysz. Włosi, Hiszpanie, Francuzi, Holendrzy, Amerykanie tu przepadli. Sprzątają, są gwałceni, poniewierani, wykorzystywani. Ćpają, żeby to wytrzymać, bo porcja narkotyków jest tańsza niż woda. Pogłębiają długi i uzależnienie od innych. Jesteśmy z Tadeuszem jedynymi białymi obcokrajowcami, którzy się tu ostali w dobrym stanie. Wszyscy inni poszli na dno.
Fot. Anonim
– Kiedy moja firma padła, żona wszystko sprzedała i przysłała mi pieniądze – dodaje Jerzy. – Kupiłem celę. Potem drugą. Wynajmuję obydwie innym i z tego żyję. Dla siebie wynajmuję tańszą. Ceny wzrosły. Kupno celi na cały pobyt kosztuje teraz 4000 USD. Żeby żyć tu jak człowiek, trzeba mieć 400 dol. miesięcznie.
Do celi wchodzi pan Tadeusz. Wysoki, sympatyczny, wręcz ujmujący, wyglądem budzi zaufanie. Pytam, ile ma lat.
– 55 – odpowiada.
– 51 – poprawia go Jerzy.
Ma więzienne doświadczenie. Siedział sześć lat w Wenezueli i trzy w Kolumbii. Jest znany polskiej policji. Przestępczą działalność traktuje jak przygodę albo pracę.
– Pochodzę z Gdańska. Byłem zootechnikiem w mleczarniach. W mojej rodzinie wszyscy wcześnie umierają na raka. Rodzice nie żyją. Drogę przestępczości zacząłem od kradzionych samochodów. Dała mi rodzaj wolności – mówi Tadeusz. – Skupowałem je i wywoziłem. Wiem, że mój wygląd budzi zaufanie. Przebierałem się na przykład za księdza, koleżanka za zakonnicę i bez problemu przekraczaliśmy granice. Kolumną jeepów jeździłem przez Rumunię, Grecję, do Mongolii. Burmistrz Berlina przyjechał kiedyś do burmistrza Gdańska swoim jeepem. Dwóch ochroniarzy go pilnowało. To było wyzwanie! Jeszcze drzwi się nie zamknęły za burmistrzem, a już mój człowiek odjeżdżał jego samochodem. 30 sekund i samochodu nie było na Starówce. Osobiście wywiozłem go na Ukrainę. Kiedyś mercedesem niechcący przejechałem w Jugosławii linię frontu. Autostrada była zaminowana. Wróciłem na Ukrainę z podziurawionym kulami mercedesem. Wywiozłem osobiście ze 100 mercedesów, bmw, jeepów...
Wpadłem w Wenezueli. Dostałem osiem lat, wyszedłem po sześciu warunkowo i uciekłem do Peru przez Brazylię – opowiada Tadeusz. – Rozglądałem się tu za pracą. Zacząłem wysyłać narkotyki z różnych poczt. Śledziłem ich podróż przez Internet, bo tu kradną. I jedna zniknęła. Nie wiedziałem, że druga paczka wpadła na lotnisku. Poszedłem na pocztę reklamować. Wszedłem sam w ich ręce. Dostałem sześć i osiem lat. Dwie paczki potraktowano jako dwa osobne przestępstwa, bo poczty były w różnych dzielnicach i prowadzono osobne postępowania. Siedzę od czterech lat.
Być zabitym to nic
Lurigancho leży u stóp szarych, piaszczysto-kamienistych gór, zsuwających się do oceanu. Na stoki wspinają się osiedla biedoty ze skleconych z byle czego bud.

– Dla jego mieszkańców nie ma różnicy, czy mieszkają po tamtej czy tej stronie muru więziennego – tłumaczy Tadeusz. – Są przyzwyczajeni do spania pokotem w pueblach bez wody i prądu. Tu mają chociaż bieżącą wodę dwa razy dziennie i podłogę. Są uzależnieni. A w więzieniu alkohol i narkotyki są bez ograniczeń. Jeśliby zatrzymać ich dopływ, to wybuchłaby wojna, ludzie by oszaleli. Są pawilony, w których 99 proc. jest uzależnionych. Armię trzeba by przysłać, żeby opanować sytuację. Więzienia latynoskie są kontrolowane przez więźniów. Policja, strażnicy dostają pieniądze, żeby nie przeszkadzać, i mają spokój. I dobrze zarabiają, bo trzeba się im opłacać na każdym kroku. Lurigancho zbudowane dla 2,5 tys. więźniów mieści ponad 8 tys., a niedawno było 12 tys. Uwięzieni mieszkają w każdej szczelinie, jak szczury. Władzę zwykle zdobywa się tu siłą. My z Jerzym zrobiliśmy prawdziwe wybory do samorządu z kampanią wyborczą, plakatami, urną do głosowania. Zaprosiliśmy komendanta więzienia jako obserwatora. Wybrane zostały zarząd oraz delegatury: ekonomiczna, kultury, jedzenia, zdrowia, prawna i dyscypliny – strzegąca bezpieczeństwa i porządku.
Jej szefem został Tadeusz.
– Za własne pieniądze wyremontowaliśmy pawilon, dziedziniec, zrobiliśmy boisko do gry w piłkę, kupujemy środki czystości, prowadzimy dezynfekcję, zorganizowaliśmy plac zabaw dla dzieci. Demokrację i porządek w naszym pawilonie ciężko wypracowaliśmy, bo w więzieniu mieszkają zwierzęta w ludzkiej skórze. To nie ludzie. Tu być zabitym to nic.
Lurigancho jest jak państwo. W Peru prawo ani sprawiedliwość nie istnieją – twierdzi Tadeusz. – W sądzie nikt nie czyta dokumentów sprawy. Mogę napisać do sądu, że jestem Kaczor Donald i kocham Myszkę Miki i po jakimś czasie przyjedzie oficjalne pismo, że sprawa jest w toku. Sądy mają dwa tygodnie na reakcję na dokument. Trzy miesiące nie ma odpowiedzi, a potem przychodzi z wystawioną wstecz datą. Na jednej mojej rozprawie sędzia chrapał, na drugiej przeglądał gazetę z plotkami o aktorach i aktorkach, ze zdjęciami roznegliżowanych pań. Co jakiś czas spoglądał na mnie znudzony. Tu się skazuje według kaprysu sędziego, a sędziowie mają kompleksy. Obcokrajowiec? Dowalić białemu! Ten Holender z Aruby, który udusił dziewczynę z zazdrości i zamurował w ławie, dostał sześć lat, bo zamordował z miłości. Inny w hotelu pociął na kawałki dziewczynę i wsadził jej ciało do walizki. Walczy, żeby uznano, że zrobił to z miłości, a wtedy dostanie mały wyrok. Mordercy mają prawo do wcześniejszego warunkowego zwolnienia. Z narkotykami jest inaczej. Peru dostaje duże pieniądze od Stanów Zjednoczonych na walkę z narkobiznesem i chce się wykazać statystykami wykrywania przestępczości zorganizowanej. Jeśli nie mają trzech, to się postarają i ogłoszą rozbicie grupy kokainowej. Wyroki dają wtedy co najmniej 15 lat. A kartele tymczasem przerzucają tony kontenerami, mając układy we władzach kraju.
Siedzi tu kucharz meksykański, który wynajął się do gotowania na luksusowym jachcie. Na jachcie były 2 tony kokainy. Wzięli go z całą załogą i skazali na 20 lat bez prawa wcześniejszego wyjścia.
Tadeusz opowiada przypadek, o którym głośno było w mediach. Kobieta sprzedała 10 lat temu samochód. Miała umowę sprzedaży, ale nie wyrejestrowała maszyny. Samochód zmienił drugi raz właściciela, lecz wciąż należał niby do niej. Policja zatrzymała samochód i znalazła w nim kokainę. 70-letnią kobietę, mimo świadków sprzedaży, zapewnień zatrzymanego, że jej nie zna, wsadzono do więzienia na 15 lat.
Więzień to zysk
– Stworzono system: więzień to pieniądz. Siedzi złapany w sieci i mnóstwo ludzi na nim chce zarobić. Adwokaci wolą, żeby siedział dłużej, bo więcej z niego wycisną. Policjanci i strażnicy ściągają haracz. Pojawiają się ludzie podający się za prawników, biorą pieniądze i znikają. Wielcy biznesu narkotykowego są zadowoleni, bo więzienia są pewnym, regularnym odbiorcą. Tak to działa w całej Ameryce Południowej – mówi Tadeusz. – Szkoda mi polskiego kapitana, który siedzi w więzieniu Ankon I, bo na jego statku znaleziono narkotyki. Jest ofiarą tego systemu: przemysłu więziennego, który potrzebuje nakręcających go nowych więźniów. Tu załoga statku nawet może nie wiedzieć, że wiezie narkotyki. Wsadzą je w jednym porcie i odbiorą w innym. Choćby włożą do puszek z wodą, które są w łodziach ratunkowych. Kto do nich zagląda?
Zwiedzam pawilon pod opieką Tadeusza i Jerzego. Więźniowie przygotowali kaplicę, gdzie spotykać się mogą wyznawcy różnych religii. Kościół, w którym ksiądz katolicki co tydzień odprawia mszę, udostępniony ewangelikom, jest w dalszej części więzienia.
Spotykamy Amerykanina, który mieszkał w Japonii. Jerzy zorganizował mu tłumaczenia angielsko-japońskie.
– Ma tyle pracy, że brakuje mu czasu na sen. To zajęcie trzyma go przy życiu. A był już w bardzo złym stanie – mówi Jerzy. – Mnie przy życiu trzyma tylko kontakt z rodziną w Polsce!
Dziedziniec w czasie odwiedzin jest restauracją. Dzieci bawią się na karuzeli i huśtawkach.
"Wesołych Świąt Bozego Narodzenia i szczęśliwego Nowego Roku..." - głosi napis na ścianie
Fot. Anonim
– Te dzieci myślą, że tatusiowie tu pracują. Przychodzą dwa razy w tygodniu na wiele godzin. Są szczęśliwe, bo tu nikt na nie krzyczy na nie. Tatusiowie się z nimi bawią, są dla nich dobrzy, noszą na rękach. Raz na miesiąc robimy im bal. Zatrudniamy specjalne organizatorki gier i zabaw dla dzieci – wyjaśniają moi przewodnicy.
W rogu jest duży ekran telewizyjny, przed którym schody tworzą amfiteatr dla tych, których nikt nie odwiedza. Restauracja z czystymi obrusami serwująca kurczaki dopełnia nastrój pikniku. Jem rybę z rusztu w płatkach czosnku z juką. Tadeusz woli rybę w sosie z mariscos – owoców morza, Jerzy ceviche – surową rybę w sosie z limonek z cebulą. Do tej potrawy ryba musi być złowiona w dniu, kiedy się ją je.
Panowie nie pozwalają mi zapłacić za obiad.
– Gościnność polska obowiązuje – mówią.

Fot. Instituto Nacional Penitenciario
Wychodzę z pawilonu po dzwonku o godz. 16, sygnalizującego koniec odwiedzin tego dnia. Po drugiej stronie wewnętrznej galerii z drzwi celi macha przyjaźnie, dobrodusznie wyglądajacy mężczyzna. Uśmiecha się.
– To ten Holender, który udusił kobietę..
Na zewnątrz więzienia ludzie składają stragany. Dzień wizyt w Lurigancho to dla nich dobry dzień – pewny zysk.
Monika Rogozińska
Imiona więźniów zmieniłam.
Robienie zdjęć w więzieniach jest zakazane i surowo karane. Mogłam wnieść tylko zeszyt i długopis do robienia notatek.
Dziękuję Anonimowym Autorom za zakazane zdjęcia. Publikuję je po raz pierwszy.
Fotografie Instituto Nacional Penitenciario otrzymałam od Pana Zwierzchnika wszystkich więzień w Peru. Także dziękuję.
Kiedy wróciłam do Polski to (po 16 latach publikowania w dzienniku Rzeczpospolita i jego tygodnikach) także odeszłam, nie widząc sensu pracy w miejscu, gdzie dziennikarze są karani za poszukiwanie prawdy.
Drugi reportaż: W matni – z kolejnych więzień Peru, opublikowałam w pierwszym numerze tygodnika Do Rzeczy w styczniu 2013 roku. Choć także napisałam go w Peru, więźniowie radzili mi dla mojego bezpieczeństwa jego publikację po opuszczeniu tego państwa.
M.R.
POST SCRIPUM 2026
