
Fot. Monika Rogozińska
Żyją jak szczury
– Miałem dom niedaleko Warszawy i pięcioro dzieci. Prowadziłem firmę poligraficzną. Jestem z wykształcenia technikiem poligrafii. Dobrze prosperowałem. Ale w pewnym momencie kontrahenci nie zapłacili mi za wykonane duże prace. Splajtowałem – opowiada 48-letni Adam. Na początku milczący i nieufny, gdy zaczął mówić, w jego głosie pojawia się rozpacz. Przebywa w więzieniu od trzech lat. Tutejsze warunki pozbawily go częściowo zębów.
Rozmawiamy w więzieniu Huaral. Stoi na burej, górzystej pustyni wybrzeża Pacyfiku, 80 km na północ od stolicy Peru, Limy. W powietrzu wisi ponura mgła. Walają się śmieci, wałęsają chude, parchate psy. Betonowe słupy z drutem kolczastym i betonowe budynki wbijają się w szarość ziemi. Strażnicy wyglądają podobnie we wszystkich tutejszych zakładach penitencjarnych. Krępi, zanadto odżywieni, w czarnych, a ostatnio także czarno-patynowych uniformach Instituto Nacional Penitenciario. Odwiedzający mają zakaz noszenia czarnych ubrań, a kobiety spodni. Były przypadki zamiany odzieży i ucieczek więźniów.
– W naszym pawilonie od godz. 6.30 do 21 wszystko jest pootwierane – wyjaśnia pan Adam. – Zrobione zostały remonty, doprowadzono elektryczność i wodę, choć ta jest tylko dwa razy dziennie po pół godziny. Telewizor mamy legalnie. Zarząd sam to wszystko zorganizował z pieniędzy więźniów, którzy się na to złożyli.
– Ale tych, co nie mają rodzin i pieniędzy na środki czystości, zje tu robactwo. Ludzie bez pieniędzy siedzą tu jak szczury. W celi mam osiem łóżek i 33 osoby. Śpię na betonowej podłodze. Jak ktoś ma na opłacanie się strażnikom i więźniom, którzy rządzą, to może spać jak król, jeść jak król i zamówić prostytutki do celi – dopowiada 33-letni pan Mateusz. Bezzębny, wyniszczony, miesza języki, traci polski. Rodzinę już stracił. Pierwszy wyrok za przemyt pół kilograma kokainy dostał siedem lat wcześniej. Zwolniony warunkowo, znowu trafił do więzienia.
– W Polsce sprzedawałem narkotyki i dobrze żyłem – przyznaje bez skrępowania Mateusz. – Chciałem zdobyć większe pieniądze i z tego wyjść. Holendrzy wysłali burro (osła). Cwaniaczki. Szukają por ejemplo (na przykład) dwóch: como me i otro (jak ja i jeszcze jeden). Dali pół kilograma kapsułek. Powiedzieli, że mam czekać w hotelu. Na lotnisku w Amsterdamie zapłacą 3000 USD. Że mają układ, negocio z policją: dwóch złapią, robi się chaos, a wtedy trzeci przejdzie. Za tych złapanych awansuje kapitan straży granicznej. I złapali. Tylko, że tych dwóch, to byliśmy my, Polacy, a trzeci przeszedł z 10 kilogramami kokainy. Byłem mula (muł) do przenoszenia narkotyków.
Gdy wyszedł z więzienia przed dwoma laty warunkowo po odbyciu polowy kary, znalazł pracę jako kelner i mechanik samochodowy. Policja odkryła z tyłu warsztatu kradzione samochody. To była „dziupla” złodziei. Aresztowany, przez rok czekał na nowy wyrok. Dostał pięć lat. W więzieniu zarabia piorąc dla innych. Ale woda jest krótko: dwa razy dziennie po pół godziny albo i nie. Prąd też bywa nieregularnie.
– Tu można kupić kilogram kokainy za 1500 USD i sprzedać w Holandii za 50 tys. euro – ekscytuje się. Pyta czy znamy bieżące ceny narkotyku. Ten człowiek jest już stracony.
Fot. Instituto Nacional Penitenciario
Do więzienia Sarita Colonia w portowym mieście Callayo blisko Limy wieziemy z konsulem Latoszkiem, poza środkami higieny dla 10 Polaków, pięć materaców, żeby nie spali na samym betonie. Więzienie otacza nędza i brud biednej dzielnicy. W środku jest tak samo, tylko bardziej tłoczno.
Paweł ma 26 lat i chłopięcy wygląd. Prosi o książki o Peru i Inkach. Fascynuje go historia i miejsca przebiegu bitew. W Polsce pasjonowało go średniowiecze, broń, którą walczyły wojska. Sprawia wrażenie nieświadomego w co wdepnął.
– Siedzę trzeci tydzień. Żałuję, że nie zdążyłem odwiedzić w Limie muzeum zbroi. Nie wiem ile kokainy przewoziłem w bagażu. Pochodzę z niedużej miejscowości z Pomorza. Nie skończyłem szkoły średniej. Spotkałem gościa z zagranicy na imprezie. Dostałem pieniądze na przelot i żeby pozwiedzać. To mnie interesowało. Miejsca historyczne. Nie wiem ile miałem zarobić. Mieli mi powiedzieć po powrocie do Polski...
Marian skończył 25 lat. Też przyjechał z Pomorza.
– Pieniądz mnie zgubił. Spłacałem zadłużenie u komornika: 4 tys. zł. Miałem etat operatora koparki przy torach na kolei. Ale w zimie był przestój. Czekałem na dziewczynę przed liceum, bo zawsze ją odprowadzałem. Podjechał wtedy facet bardzo dobrym samochodem, dobrze ubrany. Przedstawił się i zaczął namawiać. Powiedział, że diamenty są do przewiezienia w książce z Limy do Lizbony. Obiecał 2,5 tys. euro. Zrobił mi zdjęcie. Kto inny odwiózł mnie na lotnisko. W Limie, w parku, podszedł mody facet. Dał plecak. Książki w nim nie było. Macałem go i żadnych kamieni nie wyczuwałem. Pomyślałem, że albo nie dali ich i nie dostanę pieniędzy, albo są tak ukryte, że nikt ich nie znajdzie, skoro ja nie mogłem. A w stelażu plecaka było 1,3 kg kokainy. Wszedłem na lotnisko. Gdy stanąłem w kolejce do odprawy, to policjant od razu mnie zobaczył i wywołał. Wiedział, gdzie jest kokaina. Po zatrzymaniu policja ukradła mi moje rzeczy, nawet użytą pastę do zębów. Zostawili mi dwa podkoszulki i spodnie.
Najgorsze to czekanie na wyrok – dodaje Marian po chwili. – Mama nie pracowała, kiedy wyjeżdżałem. Poszła specjalnie do pracy i przysyła pieniądze. Jestem tu już siedem miesięcy. Śpię na korytarzu pawilonu dla Europejczyków, w przejściu, na kocu rozłożonym na betonie. Tu wszystko zależy od pieniędzy. Za łóżko w celi dwuosobowej trzeba zapłacić 1500 dolarów. Pawilon jest na 85 osób, a jest nas 300. Jedzenie da się zjeść trzy razy w tygodniu, w dniach odwiedzin, kiedy jest na pokaz. Sam widok tutejszego jedzenia przeraża, a zapach powala. W czasie odwiedzin, ci, co tu rządzą, zabraniają patrzeć na nieznajome kobiety. Tego pilnują. Nie biją, ale jak koś podpadnie, to go kapią w basenie. Potrzymają w zimnej wodzie i odechciewa się wszystkiego.
Z nieba do piekła
Rafał sprawia wrażenie spokojnej, rozsądnej osoby. Budzy zaufanie. Na tym zadbanym mężczyźnie nie widać więziennego wyniszczenia. W Sarita Colonia prowadzi zajęcia sportowe w ramach samorządu pawilonu. Ma 33 lata. Niedługo wychodzi na przedterminowe zwolnienie.
- Byłem sześć miesięcy na misji ONZ w Syrii. Sam się zgłosiłem. Jako wyszkolony żołnierz, elektromechanik, zostałem kierowcą patrolowym. Poznałem szacunek, jakim darzono ludzi w błękitnych hełmach. Potem wsiadłem do złego pociągu. Propozycję usłyszałem za granicą. Przewoziłem 5,8 kg kokainy w bagażu. Zatrzymano mnie na lotnisku w Limie. Dostałem siedem lat i sześć miesięcy. Dzisiaj mija połowa kary. Do więzienia jest się wrzuconym bez niczego i niczego nie dają w nim za darmo. Za pieniądze można tu ułożyć sobie życie, ale przecież to tragedia dla rodzin. Wokół krążą ci, co chcą na nas zarobić. Potrzebujemy kogoś, kto naprawdę zająłby się naszymi dokumentami na zewnątrz. Na kopię wyroku, nasze być albo nie być, czeka się pół roku. W sądzie może ją odebrać w parę tygodni każdy, kto złoży podanie. W więzieniu proponują nam za taką usługę 50 soli (ok. 60 zł). Adwokat zażądał 500 dolarów (ok. 1,5 tys. zł). Nikomu tu nie zależy, żebyśmy szybko stąd wyszli. Poznałem niebo szacunku i piekło poniżenia. Z góry spadłem na samo dno. Przeszedłem szczególny uniwersytet. Chciałbym mieć pracę tam, gdzie byłaby prawda...
Fot. Instituto Nacional Penitenciario
Stoję sama na szczycie takiej platformy. W dole widzę fragmenty dziedzińców. Nade mną błękitne niebo. Dookoła rozciągają się piaszczyste wzgórza. Pustka. Nie widać osiedli, poza domami zbudowanymi dla pracowników. Jasny beton w słoneczny dzień daje wrażenie czystości. Z jednego z dziedzińców niesie się wybijana rytmicznie na jakiś przedmiotach melodia i pieśń więźniów, przejmująco tęskna…
Kiedy przyjechałam, przetrzymywanych tu było 11 Polaków i trzy Polki.
– Przez głupotę – wybucha żalem. – Przez faceta, którego nie powinnam nigdy spotkać!
Poznali się na wielkim bazarze, jakim był wówczas Stadion Dziesięciolecia w Warszawie. Pracowała tam. Cudzoziemiec zafascynował ją i oczarował. Miała 20 lat i zakochała w Nigeryjczyku. Sprawiał wrażenie zamożnego, opiekuńczego. Zapraszał do dobrych restauracji. Znali się kilka miesięcy, kiedy zaproponował jej wyjazd do Hiszpanii. Stamtąd na jego prośbę pojechała sama do Peru, żeby przywieźć diamenty. Wierzyła, że któryś ozdobi jej ślubny naszyjnik.
– Nie wiedziałam, że w kurtkach miałam wszytą kokainę. Policjantka starała się wytłumaczyć mi o co chodzi. To jest trzecie więzienie, w którym siedzę, ale jeśli chodzi o ich pracowników i korupcję, to wszystkie są takie same. Jak ktoś ma tu pieniądze, to ma wszystko. Mnie pomaga rodzina. Dzwonię dwa razy w tygodniu do domu. Co jest najgorzej znieść? Dyskryminację. Pogardę. Kiedy zaczyna się wymiana zdań, to Peruwianki mówią: gówniana cudzoziemka. Ale chcę odbyć tu wyrok do końca. Bo wtedy w Polsce nie będę w rejestrach karanych. A chciałabym pójść na studia i pracować z trudną młodzieżą, w zakładzie albo w szkole.
– Siedzę 13 miesięcy. Mieszkam we Włoszech i mam także włoskie obywatelstwo. Na wycieczkę namówił mnie i ją zafundował przyjaciel Egipcjanin. Dostałam 7,5 roku. Byłam wcześniej w innym więzieniu. Tu nas wwieziono do surowego modułu. Pić z kranu nie można, bo od razu zapada się na chorobę przewodu pokarmowego. Tu jest sam cement, nienawiść i zawiść. Opieka medyczna tragiczna. U nas dziewczyna zwariowała. Hiszpanka się powiesiła. Musimy siedzieć cicho. Wszyscy się boją.


Jak zombie
W części Ancon II, gdzie są mężczyźni, zwraca od razu uwagę ich wychudzenie, wręcz wyniszczenie.
– Ten zakład jest nową, pokazową jednostką. Jeszcze nie jest przeludniony. W celi jest osiem osób i osiem betonowych półek. Jak w katakumbach. Wilgoć, zimno, rzeczy kisną zamiast schnąć. Gryzie cementowy pył – mówi Witold. – Byle pretekst i trzeba płacić. Wymagają czystości, a nie dają środków czystości. Tu o higienę dba niewielu więźniów. Chlor do odkażania kupujemy. Jeśli nie oczyści się wnętrz samemu, to muchy oblepią człowieka tak, że wygląda jak zombie. W każdej celi można dostać kokainę i marihuanę. Są tańsze niż woda. Każdy tu chudnie. Najbardziej ci, co biorą narkotyki. Sprzedają swój obiad w dniu odwiedzin, kiedy da się go zjeść, za 1 sola. Tyle kosztuje porcja narkotyku. Na palcach ręki można policzyć tych, z którymi można porozmawiać. Reszta, to ludzkie ekskrementy.
Z 52 lat życia, Witold w więzieniach spędził 20, m.in. w Rosji, gdzie został skatowany, bo nie chciał się poddać, jak twierdzi, eksperymentom medycznym. Teraz dostał wyrok sześciu lat i ośmiu miesięcy.
– Największa karą jest to, z kim się tu przebywa. Takich ludzi-zwierząt, to nigdzie nie widziałem – opowiada. – Mam słaby wzrok, bo w Rosji biciem uszkodzili mi nerw. A tu ktoś pół roku temu celowo zdeptał mi okulary. Nie mogę bez nich czytać. Zachowanie moje jest tu złe, ale ja specjalnie muszę kogoś uderzyć, żeby trafić do izolatki i tam odpocząć od tego towarzystwa.
Jest w celi chłopak, 22 lata, psychicznie chory – dodaje Witold. – Głowę ma ciągle rozbitą, bo wali nią w mur. Krzyczy, ma rany, śmierdzi, bo się nie myje. Nikt się nim nie zajmuje. Większość chce tu tylko zjeść, albo i nie, bo jedzenie oddadzą za narkotyki. Ci, co tu siedzą nie mają pojęcia o świecie. Hiszpan mówi mi, że wróci pociągiem do Hiszpanii. Kiedy powiedziałem, że to niemożliwe, on na to, że sobie poradzi, bo zawsze udaje mu się koleją jeździć na gapę. Kartele wyciągają bezdomnych alkoholików z Europy. Domyją takiego, odkażą, ubiorą i wyślą z narkotykami.
Więźniowie nazywają strażników automatami.
– Wrzucisz pieniążek, to reagują. Jak chcą zarobić, to telewizor zabierają z celi podczas rewizji i czekają aż się go wykupi. Wiadomo, że przedstawiciele ambasady hiszpańskiej i niemieckiej przynoszą pieniądze. Zaraz po ich wizytach strażnicy robią rewizję i kradną.




Sąd ocenia czy ktoś pracuje nad sobą.
– Prowadzone programy, to pozór. Zajęcia z psychologii, które mają nas zmienić na lepszych ludzi, są infantylne. Mamy tańczyć w kółeczku, klaskać, śpiewać. Podpisujemy listę obecności odciskiem linii papilarnych na zaliczenie – mówi Witold. – Zarabiam gotując 10 obiadów. Tylu mam klientów. Kupuję produkty od pośredników, którzy opłacają się po drodze. Tu każdy chudnie. Ale też dlatego, że biorą narkotyki i nie chcą jeść. Albo sprzedają swoje lepsze jedzenie w dniu odwiedzin: ryż, kawałek kurczaka i ziemniaka, za 1 sola. Tyle kosztuje porcja narkotyku.
Witold daje mi swój skarb: brudny, wymięty zeszyt z wierszami, które napisał. Patrzę na tytuły: Dojrzałość, Egzystencja, Wartość, Uczucia, Metamorfoza…
Upadek
„Uciec, ale dokąd?
Uciekać, ale przed czym?
Wciąż będzie cię gonić błąd
popełniony w przeszłości
Sam Bóg wie, co by było
I szatan zna powód błądzenia.
Coś kazało ci.
I coś mówiło: nie!
Lecz wybór należał do ciebie.
Dlaczego zło jest tak żarłoczne?
Skąd bierze tyle siły?”
Torby na statku
Spotykam tu kapitana. Ten przystojny mężczyzna zdaje się ciągle być w szoku.
– 13 lipca 2012 r. późnym wieczorem kontenerowiec, którym dowodziłem, wyczarterowany przez europejskiego armatora, wpłynął do portu Callao koło Limy. Byłem jedynym Polakiem w 22-osobowej załodze – opowiada. – Około godziny 2 w nocy zacumowaliśmy i zaczęły się prace przeładunkowe. Wysłałem raporty, które normalnie wysyłam i poszedłem spać. Obudził mnie pierwszy oficer mówiąc, że marynarz, który robił obchód, znalazł z przodu statku trzy podejrzane torby. Poszliśmy. Zobaczyliśmy trzy podróżne torby. Pierwszy oficer zrobił im zdjęcia. W środku znaleźliśmy woreczki, dodatkowo zawinięte w folię.
Mieliśmy na pokładzie dwóch ludzi z ochrony portu, zaangażowanych po to, żeby zwiększyć bezpieczeństwo statku. Jeden z nich spał, kiedy pierwszy oficer poszedł do niego i poprosił, żeby zadzwonił na policję i poinformował o podejrzanych pakunkach. Pokazaliśmy torby jemu oraz agentowi firmy, zajmującej się sprawami rozładunku i załadunku. Zostawiłem trzeciego oficera i marynarza, żeby pilnowali toreb i poszedłem zadzwonić do armatora.
Próbowałem dodzwonić się do oficera agencji ubezpieczeniowej, ale nikt nie odbierał. Wzmocniłem wachtę – opowiada kapitan. Pokazuje dokumentację potwierdzającą kogo informował.
Prace przeładunkowe trwały.
– Kiedy czekaliśmy na policję, torby zniknęły. Wygląda na to, że ich właściciele odwrócili uwagę pilnujących i je zabrali. Gdy pojawili się ludzie z ochrony portu i oficer policji poinformowałem ich o sytuacji. Powiedziałem, że mamy zdjęcia. Okazało się, że fotografie z aparatu, który leżał w biurze podłączony do ładowania, ktoś usunął.
Policjanci zaczęli przeszukiwać statek.
– Jedno z pomieszczeń miało zerwaną kłódkę. W środku znaleźli torbę z narkotykami, jak się okazało, czwartą. Trzy, które widzieliśmy na początku, znaleziono po czterech dniach w schowku obok miejsca, gdzie zniknęły – relacjonuje kapitan.
Do aresztu zabrano prawie całą załogę. Na statku zostało kilka niezbędnych osób, żeby mógł funkcjonować. Wciąż trwał rozładunek i załadunek.
– Po dwóch tygodniach zwolniono wszystkich oprócz tych, którzy zgłosili znalezienie toreb: marynarza, który je zauważył, III oficera, któremu to zameldował, I oficera, który zrobił zdjęcia i mnie, jako kapitana statku.
29 lipca przywieziono ich do Ancon I. Tymczasem armator przysłał zastępstwo załogi. Statek odpłynął.
Kapitana poinformowano, że grozi mu od 15 do 25 lat więzienia. Został oskarżony o kierowanie organizacją przestępczej, zajmującą się przemytem narkotyków.
– Zarzut główny: że nie poinformowaliśmy bezpośrednio władz portowych. Wszędzie na świecie robi się to przez agenta, który zna lokalne telefony i procedury. Kolejny zarzut: że nie wstrzymałem operacji przeładunkowych. A przecież robi się to w wypadku zagrożenia życia. Pierwszemu oficerowi zarzuca się, że zrobił zdjęcia, które zniknęły. Reszcie, że nie upilnowali toreb i nie są w stanie wyjaśnić, co się stało. Narkotyki zostały znalezione, a my siedzimy – mówi kapitan. – Dowiedziałem się, że jakaś łódka kręciła się wokół statku. Znaleźliśmy linki nie należące do wyposażenia kontenerowca, a na burcie ślady, że ktoś coś wyciągał z wody. Statek ma prawie 200 m długości i 30 m szerokości. A człowiek z ochrony portu nigdzie nie zatelefonował.
Kapitan nie zna hiszpańskiego. Co tydzień odwiedza go dwóch prawników z językiem angielskim, wynajętych przez firmę ubezpieczeniową.
– Polska ambasada wspiera starania, żeby kapitan odpowiadał z wolnej stopy. Możemy występować w charakterze obserwatorów podczas procesu – deklaruje konsul Latoszek. Przywiózł książki z biblioteki ambasady w Limie: Pilcha, Bratkowskiego, Herlinga-Grudzińskiego, Vargas Llosę...
– Niedawno jeden więzień zastrzelił tu drugiego – mówi kapitan. – Co najtrudniej tu znieść? Bezczynność i bezsilność. Pływam 28 lat, od 13 jako kapitan. Chciałbym ostrzec innych, ale przecież wykonywaliśmy swoją pracę. Każdy zrobił to, co do niego należało!
Fot. Monika Rogozińska
Najmniej spodziewana prośba
Edward ma 61 lat i siedem nazwisk. W mafii pruszkowskiej zajmował wysoką pozycję. Polska wysłała za nim list międzynarodowy gończy i wystąpiła o ekstradycję, chciałaby go znowu sądzić. Jego czyny traktowane są jako zbrodnia. Szczupły, schludny, bardzo inteligentny, spędził w więzieniach, także polskich, ponad 20 lat. Gdy je wymienia układa się mapa naszego kraju. W Peru dostał wyrok 15 lat za przemyt narkotyków do Polski. Zmarła młodo na nowotwór matka była łączniczką w Powstaniu Warszawskim.
– Kiedy w 2010 r. otwierali więzienie Ancon II, mocno reklamowali w gazetach, że w każdym pawilonie będzie telewizor, jadalnia – mówi spokojnie. – Telewizory musieliśmy sami kupić, plastikowe stoły też. Na warsztaty trzeba przynieść swój materiał za swoje pieniądze. Nikt się nie interesuje jak sprzedać to, co wytworzymy.
Podczas rozmowy spostrzegam, jak wiele o mnie wie. A przecież za posiadanie telefonu komórkowego płaci się tu dodatkowymi co najmniej trzema latami więzienia, a za obecność komputera w celi znacznie więcej...
– Zarazili tu wszystkich narkotykami – mówi pan Edward. – Mała porcja kraka kosztuje 1 sol. Wszystkie pieniądze z ambasady, domu zostawiają na narkotyki. Dlatego wyglądają jak patyki. Tylko kilku z nas, Polaków, nie bierze. Mnie, to bomba atomowa nie ruszy. Ale są tu chłopaki, studenci, którzy się zagubili. Wsiedli nie w ten przedział, co powinni, dla palących. Prosimy o wizytę księdza. Nikt im już nie pomoże, ale potrzebują tego. Prosimy o opłatek przed Bożym Narodzeniem. I żeby ktoś tu przychodził, chociaż porozmawiać po polsku!
Spod bramy więzienia jadę motocyklem-taksówką w kiedunku szosy wiodącej ku Limie. Niedaleko, na skrzyżowaniu wyrosły stragany bazaru. Można tu też zjeść. Wiatr miecie piaskiem. Okoliczne wzgórza pokryły już osiedla biedoty: budy sklecone z tektury, blachy, sklejki, gliny... Nad tą biedą, na zboczu góry widnieje wielki napis: CRISTO VIVE - CHRYSTUS ŻYJE.
Osioł świadomy i osioł nieświadomy
– Głowa: odwiedzenie takiego człowieka stwarza problemy, bo osobą odwiedzającą zaczyna się interesować zarówno mafia jak i policja.
Kierownik: ten kto zajmuje się organizacją przemytu.
Burro: czyli osioł świadomy, który wie, co niesie przez granicę.
I wreszcie burro nieświadomy.
Padre Ricardo wie, że w Peru siedzi jeszcze kilku więcej Polaków, tylko mają inne paszporty. Opowiada historię kobiety, która pracowała u małżeństwa w Hiszpanii. Dobrze jej płacili za opiekę nad dwójką dzieci. Kiedy zaproponowali wyjazd na wakacje, żeby zobaczyć Machu Picchu, kobieta się ucieszyła. Po dwóch tygodniach wracali do Hiszpanii. Na lotnisku w Limie małżeństwo powiedziało jej, że zabrakło miejsc w samolocie. Wystarczyło tylko dla czworga. Kobieta miała polecieć następnego dnia. Mieli dużo bagażu. Poprosili, żeby zabrała ich dwie walizki. Ofoliowali je i zdeponowali na lotnisku. Dali jej pieniądze, wysłali do dobrego hotelu i polecieli.
Apartament okazał się bardzo ładny. Zadowolona odpoczywała. Na drugi dzień na lotnisku zgłosiła przy odprawie, że to nie są jej walizki, tylko państwa, u których pracuje. Sprawdzono je. Było w nich kilkadziesiąt kilogramów kokainy. Kobietę dostała wyrok kilkunastu lat więzienia.
Inny młodzieniec wpadł, bo w kolejce do odprawy na lotnisku, starszy pan martwił się, że ma nadbagaż i poprosił, żeby wziął jedną torbę. I on uprzejmie pomógł. W bagażu były narkotyki. Dostał wyrok. Siedzi.
– Nigdy nie brać żadnych paczek i przesyłek od nikogo! – przestrzega o. Ryszard. – Trzeba uważać. W Peru nie można być do końca dobrym.
Wkrótce po naszej rozmowie, o. Ryszard Łach został okradziony i dotkliwie pobity na ulicy, gdy szukał bezdomnych dzieci.
Monika Rogozińska
POST SCRIPTUM 2026
